2025-06
Walizka
Był to upalny czerwcowy piątek. Jak zwykle tego dnia opuszczałem mury uczelni, by spędzić weekend w gronie rodziny w naszej oddalonej o około 70 kilometrów miejscowości. Bardzo lubię ciszę, śpiew ptaków i leśne spacery, których próżno szukać w dużym mieście, toteż zawsze chętnie tu przyjeżdżam.
Podróż busem między uczelnią a domem wymaga przesiadki w małym miasteczku po drodze: część linii kursuje między nim a Lublinem, a jedna co godzinę kieruje się na obszary wiejskie, gdzie mieszkają moi rodzice. Tak więc spakowałem walizkę, zanim jednak ruszyłem w drogę, załatwiłem jeszcze parę spraw, tak że mój wyjazd nieco się opóźnił. Po piętnastu minutach pod przystanek podjechał przewoźnik, na którego nazwę nie zwróciłem uwagi. Umieściłem walizkę w bagażniku, kupiłem bilet, po czym zająłem miejsce. Była godzina 12:24. Nie miałem szans, by zdążyć na obiad na 13:00, ale to nic.
Dla zabicia czasu, począłem czytać ostatnie wpisy z ulubionych blogów. Gdy w radio pojawiły się reklamy Media Expert, założyłem słuchawki. Bywały chwile, że gapiłem się w telefon, jak również takie, gdy wyglądałem przez okno. Tak upłynęła niecała godzina. Bus wjechał do miasteczka, jednak do pętli przesiadkowej był jeszcze kawałek. Drugi bus miał przyjechać o 13:25, a okienko między moim przyjazdem a jego odjazdem zmniejszało się z każdą minutą. Gdybym miał zdążyć, to na styk, w przeciwnym razie musiałbym czekać na kolejnego całą godzinę w upale. Nie chciałem też zawieść rodziny, która na mnie czekała.
Z chwilą gdy bus znalazł się na placu, wyskoczyłem z niego w samą porę. Zdołałem jeszcze podziękować kierowcy, że się pospieszył i już kupowałem bilet w drugim autobusie, zadowolony z pomyślnego obiegu zdarzeń. Pomyślałem, że Bóg troszczy się o mnie, skoro tak dobrze to wszystko zgrał i myśl ta napełniła mnie optymizmem. Pozostało jeszcze jakieś 20 minut jazdy. Wysłałem wiadomość do taty, który miał mnie potem odebrać.
W końcu dotarłem do przystanku końcowego, tata jeszcze nie przyjechał. Nie byłby to jakiś problem przejść ten odcinek drogi pieszo, jednak postanowiłem zaczekać. I gdy tak stałem na chodniku, wpatrując się w zakręt, nagle coś mnie zaniepokoiło – nie miałem przy sobie walizki! Faktycznie, zdawało mi się, że nie miałem jej również gdy się przesiadałem, ale nie byłem tego pewny. Czyżby została w bagażniku? W tej samej chwili spostrzegłem tego samego busa, który zawróciwszy na pętli, jechał teraz w przeciwnym kierunku. Szybko go zatrzymałem i wsiadłem do środka.
– Nie zostawiłem tu przypadkiem swojej walizki? – zwróciłem się do kierowcy.
– Nie wiem. Nie pilnuję rzeczy. – odparł.
Obszedłem miejsce, gdzie wcześniej siedziałem, ale walizki tam nie było.
– Jadę z powrotem. – kupiłem bilet. Droga powrotna nie była już tak przyjemna. W walizce był aparat fotograficzny, który tata podarował mi na ostatnie urodziny. Jeszcze nie zdążyłem się nim nacieszyć, a już miałbym go stracić? – myślałem. Poza tym teraz oddalałem się od celu swojej podróży, rodzice na mnie czekali i nie wiadomo jak długo to potrwa. Co pomyśli tata, gdy przyjedzie i zobaczy, że mnie nie ma?
„Już nieaktualne. Wracam się do miasteczka. W busie została moja walizka, którą potrzebuję odzyskać.” – tak brzmiała kolejna wysłana przeze mnie wiadomość.
Miałem już wówczas nieco doświadczenia z Bogiem i wiedziałem, że mogę na Nim polegać. Wiedziałem też, że Bóg nie zawsze odpowiada na modlitwy tak, jak byśmy chcieli. On wybawił Daniela od lwów, ale pozwolił, by Szczepan został ukamieniowany. Czasami naprawdę trudno jest ufać Bogu wiedząc, że nie możemy być pewni, czy Bóg zrobi to, czy tamto. Bo jak tu wierzyć, że gdy się pomodlę to PAN Bóg ochroni, pomoże i rozwiąże każdy problem – skoro mamy niezliczone historie ludzi, którzy modlili się i nie spełniło im się? Ludzi, którzy modlili się o dobre rzeczy. Alkoholików, którzy mówili: „Boże, błagam, zabierz mi to picie, bo nie wytrzymam!”. Naprawdę trudny temat.
W ubiegłym roku, najprawdopodobniej podczas wycieczki rowerowej, zgubiłem zapasowy klucz od mieszkania. Prosiłem wówczas Boga, by się odnalazł i co jakiś czas w swoich modlitwach powracałem do tego tematu. Klucz znalazł się przez przypadek... około pół roku później, w kieszeni od spodni, których prawie wcale nie nosiłem. To zdarzenie, choć na pozór błahe i nieistotne, dla mnie miało wielkie znaczenie. W pewnym sensie przypominało modlitwę alkoholika, który w końcu wypił swój ostatni kieliszek i od tej pory już nigdy nie sięgnął po alkohol. Zaczął odżywać, pomagać innym, odnalazł sens życia. Podobnie i moja nadzieja odżyła, bo zrozumiałem, że kiedyś moje obecne troski pójdą w zapomnienie. Dlatego teraz, wracając do miasteczka i nie wiedząc, czy odzyskam walizkę i czy nastąpi to dziś, w poniedziałek czy jeszcze innego dnia, byłem w stanie zachować spokój. Gdyby taka próba wiary pojawiła się na początku mojej chrześcijańskiej drogi, z pewnością wpadłbym w panikę, byłbym roztrzęsiony i zrozpaczony. A teraz? Chociaż było mi szkoda, pogodziłem się nawet z myślą, że mogę swojego aparatu nie odzyskać. Wiedziałem już, że mój Bóg nad wszystkim czuwa i zawsze ma jakiś plan, a Jego plany zawsze okazują się najlepsze z możliwych – na tym polega zaufanie Bogu.
Gdy bus wrócił do pętli przesiadkowej o 14:17, pojawił się kolejny problem: jak zidentyfikować TEN pojazd? Do Lublina kursuje kilka przewoźników, praktycznie co 5-10 minut jeden z nich opuszcza plac. Pamiętałem tylko nadwozie koloru bordowego. Spytałem kierowcę, czy nie wie przypadkiem, który bus ma kolor bordowy? Kierowca wymienił nazwę jednej firmy, do której zaraz zadzwoniłem. Podałem wszystkie znane mi szczegóły: czas przyjazdu, kolor...
– Nie mamy bordowych busów, musiał pan pomylić firmy. – odpowiedziała pani po drugiej stronie słuchawki.
Podziękowałem i rozłączyłem się. Wtem coś sobie przypomniałem: bilet! Gdy płaciłem za przejazd, kierowca wręczył mi bilet, a ja schowałem go do portfela. „Z pewnością jest na nim nazwa firmy” – pomyślałem. Była. Na tablicy z rozkładami znalazłem ledwo już widoczne 2 numery. Wybrałem pierwszy z nich.
– Abonent chwilowo niedostępny. Wyślij mu bezpłatną wiadomość SMS o treści: „proszę o pilny kontakt”... – spróbowałem tej opcji. Po trzech minutach raz jeszcze zadzwoniłem:
– Dzień dobry, zostawiłem w busie jakąś godzinę temu walizkę, dałoby radę ją dzisiaj odzyskać?
– Dzień dobry, proszę pana, ja już dzisiaj jestem po pracy. Proszę zadzwonić pod drugi numer.
– Dobrze, dziękuję.
Tym razem dodzwoniłem się bez problemu. Ponownie wyjaśniłem sytuację.
– Gdzie pan odbierze? – zapytał mężczyzna. Podałem miejsce. – Dobrze, będę tam o 16:40.
Fakt, że akurat wtedy miałem przy sobie bilet, można uznać za cud, często kierowcy zwyczajnie je wyrzucają. Od 14:22 do 16:40 to ponad dwie godziny siedzenia w skwarne popołudnie. Znalazłem miejsce w cieniu pobliskiego sklepu, skąd miałem dobry widok na przyjedżające busy i w każdej chwili mogłem tam podejść. Nie jadłem jeszcze obiadu, więc kupiłem sobie cebularza i więcej wody. Nie byłem całkiem pewien, czy bus miał być o 16:40 – równie dobrze mogła to być 15:40 lub nawet 14:40, dlatego uważnie obserwowałem plac, ale żaden bordowy bus się nie zjawił. Szkoda mi było czasu czekać bezczynnie – wyjąłem pożyczoną książkę, siadłem i zacząłem się uczyć (jeśli mam poradzić sobie na egzaminie, powinienem z niej przeczytać jak najwięcej), a obok przechodzili tę i z powrotem klienci.
Po jakiś 40 minutach odłożyłem książkę – zacząłem tracić skupienie. Zadzwonił tata. Najwyraźniej nie miał dziś najlepszego dnia. Opowiedziałem, co zaszło i kiedy ma przyjechać kierowca bordowego busa. Zdecydował, że przyjedzie po mnie. W tamtej chwili nadal nie wiedziałem, czy moja walizka tam jest. Świadomość tego stopniowo wzmagała moje przygnębienie. Starałem się o tym nie myśleć, ale w końcu szepnąłem: „Boże, proszę, pomóż mi”. Choć tak krótko, chyba po raz pierwszy wtedy tak konkretnie i z głębi serca zwróciłem się do mego Stwórcy. W istocie miałem znikomy wpływ na losy tej walizki; ktoś mógł ją ukraść, mogło też nie dość do mojego spotkania z kierowcą. Tam, pod sklepem, z telefonem w ręku, nie miałem żadnej mocy, żadnej kontroli nad dalszym przebiegiem zdarzeń. Byłem całkowicie zdany na Boga.
O 15:30 ustawiony przeze mnie alarm wyrwał mnie z zamyślenia. Obawiałem się przegapienia busa, gdybym jednak pomylił godzinę, więc znów przez 10-15 minut uważnie obserwowałem plac, nie działo się jednak nic, co przykułoby moją uwagę. Wstałem i wolnym krokiem ruszyłem w kierunku stojącej tam wiaty. Wciąż było ciepło, ale temperatura trochę się obniżyła. Niebo wyglądało pięknie, kawki i wrony skrzeczały, całe otoczenie skłaniało do zadumy. Zobaczyłem busa przewoźnika, na którego czekałem, ale w kolorze zielonym.
– Przepraszam, nie wie pan, kiedy przyjeżdża bordowy bus? – spytałem.
– Będzie o 17:10.
Tak też wynikało z rozkładu – czy wobec tego mężczyzna, z którym przez telefon zamieniłem parę słów, pomylił się? A może miał być o 16:40, a odjechać po półgodzinnej przerwie? Musiałem się tego dowiedzieć.
– To godzina przyjazdu czy odjazdu?
– Odjazdu.
– A nie wie pan, kiedy przyjedzie?
– Niestety nie.
– Dobrze, w porządku, dziękuję.
Wkrótce kierowca odpalił silnik i wyruszył w kierunku Lublina. Niedługo potem przyszła pewna starsza pani. Okazało się, że miała jechać tym busem, spóźniła się, a kolejny kurs to ten, na który czekam. Była wyraźnie zatroskana. Niedawno przez nasz region przewinęła się burza i grad, a kobieta chciała dostać się na swoją działkę, by sprawdzić, czy jej ogródek i uprawy nie ucierpiały. Zacząłem z nią rozmawiać. Wyjawiłem, że i ja mam dzisiaj dzień próby, że zostawiłem walizkę w bagażniku busa i teraz czekam na niego; że w walizce został mój aparat, który dostałem od taty na urodziny; nie wiem, czy ją odzyskam, ale ufam, że Bóg uczyni to, co najlepsze i dlatego nie popadam w rozpacz; nawet gdybym miał stracić to co mam, wierzę, że Bóg przygotował dla mnie coś lepszego.
– Wierzę, że każdy człowiek ma swojego anioła stróża, który go chroni – powiedziała. – Mnie nieraz uratował życie. Kiedyś chciałam przejść przez taką wąską uliczkę, miała może z jeden czy półtora metra. Już stawiałam stopę na przejściu, gdy nagle poczułam, jak coś mnie o tak odepchnęło – to mówiąc, uderzyła się dłonią w ramię – i w tej samej chwili samochód przejechał mi dosłownie parę centymetrów przed twarzą. Innym razem prawie bym wypadła przez okno, ale jakaś niewidzialna siła pchnęła mnie do środka, ratując mnie przed upadkiem i śmiercią.
Starsza pani opowiedziała jeszcze jedną historię ze swojego życia, choć tym razem niezwiązaną z ratowaniem życia, której niestety nie zapamiętałem. Mówiła też o swoich córkach i wnukach. Nie wiem, czy aniołowie stróże istnieją i czy faktycznie jest tak, że każdy ma swojego, ale jest w Biblii tekst, który mówi: „Anioł PANA rozbija obóz dokoła tych, którzy się go boją, i wybawia ich” (Psalm 34:7), a także: „Rozkaże bowiem o tobie swoim aniołom, aby cię strzegli na wszystkich twoich drogach. Na rękach będą cię nosić, być przypadkiem nie uderzył swojej nogi o kamień.” (Psalm 91:11-12). Nie ulega jednak wątpliwości, że to, czego doświadczyła ta kobieta, wydarzyło się naprawdę.
Gdy tak rozmawialiśmy, nagle spojrzałem i po mojej lewej stronie ujrzałem odjeżdżającego bordowego busa! Właśnie zjeżdżał z placu! Dogoniłem go i zatrzymałem:
– Jedzie pan do Lublina? Bo ta pani potrzebuje dostać się do Lublina.
– Nie, nie jadę do Lublina. – pojechał przed siebie. Nie zdążyłem zajrzeć do bagażnika, ani nawet upewnić się czy to ten. Wydawało mi się, że z boku szyby był napis innej firmy, ale jakby tylko ślad po zdjętej naklejce. Może to był TEN, a kiedyś należał do tego drugiego?
Upomniałem się w myślach za moją nieuwagę. Najpierw tego dnia zapomniałem załatwić sprawy przy uczelni i straciłem nieco czasu, wracając się. Później ta walizka. A teraz to. Nie było jednak jeszcze 16:40.
Wkrótce potem znów zjawił się bordowy bus, najwyraźniej ten sam. Prędko zajrzałem do bagażnika, ale... był pusty. Byłem zestresowany, bałem się, że przegapię moją chwilę albo już przegapiłem.
Minęła 16:40. I nic. O 16:56 znów zadzwoniłem na wskazany numer, ale nikt nie odebrał. O 17:06 spróbowałem jeszcze raz.
– Dzień dobry, kiedy pan będzie w miasteczku?
– Proszę pana, byłem już, o 16:40 i nie było pana. – to mogła być prawda, być może podając miejsce, podałem jedynie miasto, bez dokładnej lokalizacji.
– No ja cały czas czekam tutaj. Jest tam w ogóle ta walizka?
– Wie pan co, ja sprawdzę i zadzwonię do pana za kilka minut.
Po 5 minutach znów zadzwoniłem – tym razem usłyszałem tylko zniecierpliwione „proszę pana, czy ja nie mówię wyraźnie, że za kilka minut do pana zadzwonię?”. W tej samej chwili ujrzałem samochód taty. „No, nie” – pomyślałem – „tylko nie to. Teraz będę musiał się tłumaczyć, dlaczego jeszcze nie odzyskałem tej walizki, i że czekam na telefon od kierowcy. Pewnie skończy się tak, że wrócę do domu bez niej”. Czułem się okropnie, ale wiedziałem, że muszę być w domu przed zachodem i to może być moja jedyna szansa, aby się tam znaleźć.
– I jak, masz walizkę?
– Nie, kierowca powiedział, że sprawdzi, czy jest i zadzwoni do mnie za parę minut.
– A, nie masz jeszcze? – tata zmartwił się. – Powiedziałeś mu, że czekasz na tej pętli, a nie tej parę kilometrów wstecz?
– Nie wiem. Nie pamiętam. – gdybym mniej panował nad emocjami, pewnie bym się teraz rozkleił.
– No nic, poczekamy chwilę, aż zadzwoni.
Czekaliśmy więc i modliliśmy się. Jak to jest, że w jednej chwili cierpliwie, ze spokojem i ufnością oczekujemy na Boże działanie, a w drugiej zamartwiamy się i niepokoimy? Choć przez cały dzień ani chwilę nie wątpiłem, że mój Bóg uczyni to co najlepsze, moje emocje były niestałe, wahały się, tak jakby próbowały przejąć nade mną kontrolę. Gdzieś w którymś momencie ciało rozminęło się z umysłem i wystąpiło jedno przeciwko drugiemu. Oto dlaczego tak ważnym jest, by zbierać dobre wspomnienia i pamiętać, jak Bóg w przeszłości nas prowadził – w chwilach takich jak ta możemy na nich oprzeć naszą nadzieję i nie załamać się. W ten sposób uczymy się coraz pokładać coraz większą ufność w PANU, nasza wiara staje się coraz silniejsza, coraz mniej rzeczy jest w stanie wyprowadzić nas z równowagi.
Wybiła godzina 17:15, a wraz z nią dźwięk dzwonka mający ostatecznie rozstrzygnąć, czy jest to koniec próby, czy – dopiero początek. Prosiłem tylko Stwórcę, by przynajmniej oszczędził mi zamartwiania się w dniu odpoczynku.
– Proszę pana, jest walizka... na... – tu rozmówca podał dokładny adres – jak pan podjedzie, to panu wyniosę, bo kierowca zjechał na bazę, ale walizeczka jest... także ten...
Powtórzyłem usłyszany adres, by upewnić się, że dobrze usłyszałem. Rozmówca doprecyzował, jak powinna wyglądać okolica.
– Tylko niech pan nie wchodzi, bo tam pies spuszczony, to ja wyjdę.
Jeszcze raz na wszelki wypadek powtórzyłem adres.
– Tak jest, tak dokładnie. Także proszę dzwonić, ja wyjdę, panu przyniosę.
– Dziękuję bardzo.
– Proszę bardzo.
Reszta poszła już z górki: podjechaliśmy pod wskazany adres, wciąż jednak nie będąc zupełnie pewnym, czy to tu. Wyszła żona, z moją walizką w ręku. Niczego w niej nie brakowało. Podziękowałem i wysłałem wiadomość nieznajomemu, który okazał mi tyle życzliwości i zajął się moją sprawą.
– Naprawdę Panu dziękuję, że zachował Pan dla mnie tę walizkę i przekazał mi ją dzisiaj.
– Luzik.
Była godzina 17:27. Jakaż to była ulga, że jest już po wszystkim! Dotarłem z tatą do domu porządnie spóźniony, wyczerpany, lecz pełen wdzięczności i z uśmiechem na ustach.
Filip