2024-12
Wymarzona praca
Przez dwadzieścia lat byłem fotografem. Robiłem zdjęcia do przewodników turystycznych, książek, pocztówek i kalendarzy. Praca ta dawała mi zadowolenie i dosyć dobre zarobki. Można powiedzieć, że robiłem to co lubię i jeszcze mi za to płacili. Przez wiele lat nasza rodzina utrzymywała się z tej działalności, jednak w pewnym momencie dochody stawały się coraz mniejsze i mniejsze aż w końcu zupełnie nie wystarczały na utrzymanie rodziny. Szukałem innego zajęcia ale niestety nie umiałem nic poza robieniem zdjęć.
Od pewnego czasu nasza rodzina mieszkała na wsi, a jak wiadomo tam nie ma zbyt wielu możliwości znalezienia pracy. Łapałem wszystkie prace dorywcze, których na wsi akurat jest pod dostatkiem, jednak dochody z nich ledwo starczały na życie. Zarejestrowałem się w Urzędzie Pracy, jednak oferowane tam zajęcia były dosyć daleko od miejsca naszego zamieszkania. Nie chciałem każdego dnia poświęcać godziny na dojazd do i z pracy. Zajęło by mi to łącznie z pracą cały dzień a nie chciałem mojego czasu zużyć wyłącznie na pracę. Przeprowadzając się na wieś chcieliśmy uciec od „wyścigu szczurów”, w którym tkwiliśmy w mieście. Chcieliśmy jako rodzina pracować aby żyć, a nie żyć aby pracować. Zależało nam na pogłębianiu relacji wewnątrz rodziny a do tego potrzeba czasu.
Ponadto od kilku lat zajmowaliśmy się działalnością charytatywną, która dawała nam dużo satysfakcji ale też pochłaniała sporo czasu. Rozprowadzaliśmy wśród okolicznych mieszkańców żywność z Banku Żywności a także używaną odzież. Nie chcieliśmy rezygnować z tej działalności bo nie tylko czuliśmy się potrzebni w społeczeństwie, w którym żyliśmy ale też sami z niej korzystaliśmy. Pracowaliśmy jako wolontariusze, jednak nasza rodzina z uwagi na dochody także kwalifikowała się do tego typu pomocy. Cieszyliśmy się, że nie tylko korzystamy z pomocy ale również jej udzielamy. Działalność ta jednak bardzo ograniczała możliwości pracy zarobkowej. Potrzebna by mi była praca w niepełnym wymiarze godzin, blisko miejsca zamieszkania i pozwalająca dostosować czas pracy do wyjazdów do Banku Żywności. Wiedziałem, że bardzo trudno będzie mi znaleźć taką pracę, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdzie społeczeństwo nastawione jest na pracę „im dłużej tym lepiej”. Miałem duże wymagania, ale nie chciałem rezygnować ze standardów, jakie postawiła sobie nasza rodzina. Zostawiłem sprawę Bogu i czekałem.
Minęło kilka lat. Czułem się bardzo źle, że jako mężczyzna nie potrafię zapewnić utrzymania mojej rodzinie. Mieliśmy co prawda jedzenie i ubrania ale przecież to nie wszystko co jest potrzebne do życia. Bóg cały czas troszczył się o nasze potrzeby i zawsze, gdy trafiał się jakiś nieprzewidziany wydatek typu zepsuta pralka czy remont auta, trafiał się też nieprzewidziany zarobek. Nie można zatem powiedzieć, że żyliśmy w skrajnej nędzy. Mieliśmy samochód, jeździliśmy na wakacje, robiliśmy drobne remonty w domu. Bóg dbał o nas, niczego więc nam nie brakowało. Cierpiała jedynie moja męska duma. Czułem, że zawodzę jako głowa rodziny. W naszym społeczeństwie mężczyzna musi pracować i utrzymywać rodzinę, ja tego nie potrafiłem.
Pogodziłem się z tym stanem. Unikałem tylko spotkań z innymi mężczyznami bo podczas nich zawsze na początku pada pytanie: „gdzie robisz?” Nie miałem na ten temat nic do powiedzenia. Wstydziłem się kolejny raz wyjaśniać, że nie mam pracy. I to nie mam pracy od kilku lat. Nie dlatego, że nie chcę. Nie dlatego, że nie lubię pracować. Nawet nie dlatego, że nie mam kwalifikacji. Dlatego, że oferowana mi praca zmusiła by mnie do odrzucenia moich, wypracowanych wraz z rodziną standardów. Zmusiła by mnie do ograniczenia kontaktów z dziećmi. Zmusiła by mnie do zaprzestania działalności na rzecz innych ludzi. Nie chciałem tego.
Latem roku 2023 w szkole podstawowej, do której uczęszcza nasza młodsza córka, ogłoszono konkurs na stanowisko konserwatora. Zainteresowałem się tą ofertą i złożyłem podanie. Nie wiedziałem czy zostanę przyjęty, nie wiedziałem czy praca ta spełni moje oczekiwania, nie wiedziałem czy ja spełnię oczekiwania pracodawcy. Czekałem. Po tygodniu dostałem odpowiedź pozytywną. Bardzo się ucieszyłem, jednak miałem wątpliwości czy odnajdę się w tej pracy? Tyle razy już próbowałem, tyle razy się zawiodłem. Zawsze po niedługim czasie okazywało się, że albo nie potrafię sprostać oczekiwaniom pracodawcy albo praca wykańcza mnie psychicznie.
W szkole od początku starałem się dać poznać jako dobry pracownik. Jako konserwator musiałem dbać o cały dobrostan szkoły. Malowałem, dokręcałem, kleiłem. Lubiłem to robić. Nie tylko sprawiało mi radość poczucie, że jestem potrzebny, że w końcu zarabiam, ale też, że mogę pracować z dziećmi. Od dłuższego czasu działałem w harcerstwie jako instruktor i nie obce mi były relacje z dziećmi i młodzieżą. Tutaj w szkole, mogłem również na tym polu być użytecznym.
Dzisiaj po ponad roku pracy w szkole podstawowej muszę przyznać, że odnalazłem w końcu moją wymarzoną pracę. Robię to co lubię (majsterkowanie), przebywam wśród dzieci i mam dobrą atmosferę w pracy. Ponadto, na czym mi najbardziej zależało, praca jest na pół etatu, więc o godzinie jedenastej jestem już w domu i mogę poświęcić się działalności charytatywnej oraz relacjami z rodziną. Nie bez znaczenia również jest fakt, iż do szkoły, w której pracuję, uczęszcza moja dziesięcioletnia córka, możemy zatem widzieć się w trakcie pracy. Najlepsze jednak jest to, że do pracy mam dwieście metrów. Kolejny raz przekonałem się, że Bóg daje to co najlepsze.
Grzegorz